Uwaga będą banały

Przychodzi koniec roku, serwisy i serwisiki publikują swoje zestawienia roczne, pieczołowicie układając płyty według Kryterium. Czasem jakiś tech house odstawi w tej konkurencji płytę folkową z zacięciem elektronicznym, innym razem modny shoegazeowy metal wspina się o miejsce wyżej kosztem powracającej legendy indie rocka, żywcem wyciągniętej z lat 90. Porównujesz ze sobą te setki płyt, często nie mających nic wspólnego poza tym, że każda z nich sprawia, że coś się czuje – w przeważającej ilości wypadków w obszarach które nie łączą się w żaden sposób, chociaż ostatecznie i tak wszystko sprowadza się do mniej lub bardziej określonej frajdy. Ok.
Radośnie słuchając sobie tych płytek, od czasu do czasu przychodzi taka, po której z początku przejdziesz do porządku dziennego, lecz wrócisz do niej.
Album nie będzie łatwy, nie sprawi wyraźnej przyjemności. Może oniemiejesz z powodu kunsztu producenta lub wyjątkowej urokliwości rozmytych gitarowych pejzaży?
Po kilkunastu dniach zaczniesz rozumieć, że płyta ta jest w oczywisty sposób piękna. Piękna tak, że nijak można ją wpasować pomiędzy albumy dające przyjemność, do których chce się wracać setki razy po to, by jeszcze raz usłyszeć ten obłędny syntezatorowy motyw. Zaczniesz jej słuchać po to, aby płakać w akompaniamencie muzyki, która brzmi i wibruje jak życie i uczucia, która w każdej sekundzie rozrywa cię na strzępki, by za chwilę spoić je ze zdumiewającą lekkością. O takiej muzyce nie można mówić, pisać, ją wypada tylko czuć, bo biedny człowiek nigdy nie odda tego, co dzieje się w nim, kiedy przez głowę przebiega szum, na jego tle rozpadają się na kawałeczki niesione echem akordy grane na kościelnych organach, a po nich następuje krótkie wyciszenie, w trakcie którego zapętlony szum o innych częstotliwościach każe ci złapać oddech w nadawanym przez siebie rytmie. Pulsuje, a umysł pulsuje wraz z nim. Wtedy szczątki kolejnego akordu zaczynają już dobiegać do uszu, a ty wiesz co zaraz nastąpi.
Głowa pęka, ale ty żyjesz dalej. To jest dopiero zmieniające człowieka doświadczenie.
Takiej płyty nie umieszcza się w podsumowaniu rocznym. Ona nie może konkurować z tamtym uroczym nagraniem kanadyjskiego młodzieńca, czy dzikim okołoafrykańskim soundtracku do tańców w dżungli. Szkoda nie docenić tych zwyczajnych, od frajdy. To co ona daje, wyrasta ponad wszystko, a sprowadzenie jej do poziomu rankingów zdaje się być niegodne.
Siedzę w islandzkim kościele i lewituję gdzieś w okolicach bocznej nawy, obok życia, wyjęty z teraźniejszości, przeżywam każdą sekundę za każdym razem tak, jakbym pierwszy raz poczuł, co znaczy być. I boję się, że za chwilę spadnie na mnie niewytłumaczalna jasność, bo jestem tak blisko czegoś prawdziwego i pięknego.
Tim Hecker, “Ravedeath, 1972″