Posts Tagged ‘2002’
5 utworów, które zmienią Twój pogląd na IDM
Będzie mało słów, bo te ostatnio są u mnie na wyczerpaniu. W zamian cały brzmieniowy kalejdoskop, po którym pokochasz elektronikę.
1. Autechre – Teartear (Amber, 1994)
Wszystko zaczęło się od tej płyty, od tego kawałka. Wsiąkłem w IDM i nie potrafię się wyrwać.
2. Clark – New Year Storm (Turning Dragon, 2008)
Kawałek maksymalnie wywracający światopogląd, ociekające kwasem brzmienie i szaleńczy puls. Arcydzieło!
3. Boards of Canada – 1969 (Geogaddi, 2002)
Czas przestaje mijać przy tym utworze, wszystko zatrzymało się niemalże pół wieku temu.
4. Boxcutter – Brood (Oneiric, 2006)
Dubstepowy walec, nie pozostawiający suchej nitki po przejechaniu się po słuchaczu tłustymi syntezatorami, począwszy od okolic drugiej minuty.
5. Burial & Four Tet – Moth (Moth/Wolf Club, 2009)
Nie kończ się nigdy.
Szybki przegląd ocen [7]
Utonąłem ostatnimi czasy w nie cierpiących zwłoki obowiązkach, stąd mniejsza częstotliwość publikowanych tekstów – od połowy maja stan ten powinien ulec poprawie. Tymczasem prezentuję krótkie notki na temat albumów, które mi w tym tonięciu towarzyszą:
Murcof – Martes (2002) – nie potrafię sobie wyobrazić wspanialszego połączenia idm-u, glitch-u i klasyki. Żadne słowa nię będą stanowiły lepszej zachęty, niż suche fakty na temat tego albumu: zsamplowane z dzieł Henryka Góreckiego czy Arvo Pärta intrumenty smyczkowe, zmieszane ze średnio zagęszczoną elektroniką spod etykietki glitch, podane na tle ciepłych podkładów, żywcem wyciągniętych z gatunków takich jak idm czy minimal techno. Niesamowicie uzależniające. 4,5/5 (próbka)
Worrytrain – Fog Dance, My Moth Kingdom (2007) – płyta ta nasuwa mi dość luźne i śróddziedzinowe skojarzenie – klejąca się wręcz do uszu nowoczesna klasyka, ze zniewalającymi melodiami, a wśród niej całkowicie wytrącający z równowagi psychicznej elektronicznie-noisowy utwór “Thundertrance Interlude”, jako żywo przypominają mi poezję Tadeusza Różewicza, budowaną wokół jednego, wstrząsającego motywu. Podobnie jest tutaj – początkowo kompletnie odrzucający, wydający się być zupełnie z innej bajki motyw, po pewnym czasie zaczyna wzbudzać zainteresowanie; choć wciąż wydaje się nieprzyzwoicie niesłuchalny, to staje się na “Fog Dance…” jednym z najbardziej wyczekiwanych momentów. Może to dlatego, że pozwala się cieszyć jeszcze bardziej z kontrastującej z nim, pięknej pozostałej części płyty. 4/5 (próbka 1, próbka 2)