Posts Tagged ‘idm’
Clark – Totems Flare
Brzmienie. Brzmienie tej płyty to jej największy atut, magnes, który przyciąga z niewyobrażalną siłą, skłaniając do kolejnych i kolejnych przesłuchań. Chris Clark dokonał rzeczy niesamowitej, jeszcze bardziej udoskonalając swój styl i tworząc płytę z dźwięków o niemal namacalnej, chropowatej fakturze, płytę przesiąkniętą jadowitym kwasem, zaskakującą, potrafiącą w ułamku sekundy przenieść słuchacza z rozległej równiny skąpanej w księżycowym świetle w samo oko cyklonu.
Na “Totems Flare” znalazło się wszystko, czego można oczekiwać po doskonałej idm-owej płycie: świetne melodie, pulsujące rytmy, umiejętne łączenie szaleńczych temp z rozlewającymi się wolno, wyciszającymi potokami dźwięków. Dodając do tego znakomicie wkomponowane w niektóre utwory wokale, otrzymujemy dzieło zaskakująco skończone, do którego trudno mieć jakiekolwiek zastrzeżenia. Płyta rozkłada na łopatki już przy pierwszym przesłuchaniu, gdyż nie trzeba wiele czasu, by zakochać się w “Growls Garden” czy “Outside Plume”. Całość jest niezwykle spójna, spoiwem zaś jest to swoiste clarkowe brzmienie, które okrywa cały album rozpoznawalną natychmiast szorstką dźwiękową powłoką.
Ta płyta zmieniła moje spojrzenie na muzykę. Udowodniła, że elektronika z pogranicza idm-u i techno potrafi być nieskończenie chwytliwa i atrakcyjna, rozkochała w brzmieniu kreowanym przez Clarka, które stało się ucieleśnieniem tego, czego szukam w takiej muzyce. Płytę polecam każdemu, gdyż Chris Clark jest w swojej najwyższej formie, a tego nie można wprost przegapić. 4,5/5
Próbki: Outside Plume, Growls Garden, Rainbow Voodoo
5 utworów, które zmienią Twój pogląd na IDM
Będzie mało słów, bo te ostatnio są u mnie na wyczerpaniu. W zamian cały brzmieniowy kalejdoskop, po którym pokochasz elektronikę.
1. Autechre – Teartear (Amber, 1994)
Wszystko zaczęło się od tej płyty, od tego kawałka. Wsiąkłem w IDM i nie potrafię się wyrwać.
2. Clark – New Year Storm (Turning Dragon, 2008)
Kawałek maksymalnie wywracający światopogląd, ociekające kwasem brzmienie i szaleńczy puls. Arcydzieło!
3. Boards of Canada – 1969 (Geogaddi, 2002)
Czas przestaje mijać przy tym utworze, wszystko zatrzymało się niemalże pół wieku temu.
4. Boxcutter – Brood (Oneiric, 2006)
Dubstepowy walec, nie pozostawiający suchej nitki po przejechaniu się po słuchaczu tłustymi syntezatorami, począwszy od okolic drugiej minuty.
5. Burial & Four Tet – Moth (Moth/Wolf Club, 2009)
Nie kończ się nigdy.
Szybki przegląd ocen [7]
Utonąłem ostatnimi czasy w nie cierpiących zwłoki obowiązkach, stąd mniejsza częstotliwość publikowanych tekstów – od połowy maja stan ten powinien ulec poprawie. Tymczasem prezentuję krótkie notki na temat albumów, które mi w tym tonięciu towarzyszą:
Murcof – Martes (2002) – nie potrafię sobie wyobrazić wspanialszego połączenia idm-u, glitch-u i klasyki. Żadne słowa nię będą stanowiły lepszej zachęty, niż suche fakty na temat tego albumu: zsamplowane z dzieł Henryka Góreckiego czy Arvo Pärta intrumenty smyczkowe, zmieszane ze średnio zagęszczoną elektroniką spod etykietki glitch, podane na tle ciepłych podkładów, żywcem wyciągniętych z gatunków takich jak idm czy minimal techno. Niesamowicie uzależniające. 4,5/5 (próbka)
Worrytrain – Fog Dance, My Moth Kingdom (2007) – płyta ta nasuwa mi dość luźne i śróddziedzinowe skojarzenie – klejąca się wręcz do uszu nowoczesna klasyka, ze zniewalającymi melodiami, a wśród niej całkowicie wytrącający z równowagi psychicznej elektronicznie-noisowy utwór “Thundertrance Interlude”, jako żywo przypominają mi poezję Tadeusza Różewicza, budowaną wokół jednego, wstrząsającego motywu. Podobnie jest tutaj – początkowo kompletnie odrzucający, wydający się być zupełnie z innej bajki motyw, po pewnym czasie zaczyna wzbudzać zainteresowanie; choć wciąż wydaje się nieprzyzwoicie niesłuchalny, to staje się na “Fog Dance…” jednym z najbardziej wyczekiwanych momentów. Może to dlatego, że pozwala się cieszyć jeszcze bardziej z kontrastującej z nim, pięknej pozostałej części płyty. 4/5 (próbka 1, próbka 2)