Posts Tagged ‘screamo’
Szybki przegląd ocen [3]
Nevea Tears – Do I Have To Tell You Why I Love You (2004) – kopia kopii kopii kopii kopii kopii kopii kopii kopii kopii kopii kopii kopii kopii kopii kopii kopii kopii kopii kopii kopii kopii kopii kopii kopii kopii kopii któregoś z zespołów określanych mianem emocore. W każdym razie straszliwie nudna, przewidywalna i okraszona tragicznym krzyczącym wokalem produkcja. 1/5
pg. 99 – Document #5 (2000) – w przeciwieństwie do Nevea Tears, płyta zabójczo energetyczna, zagrana z mocą jakiej nie powstydziłby się żaden szanujący się hardcore-punkowy zespół. Krótkie formy, świetne wokale, umiejętny balans pomiędzy szaleńczo pędzącą sekcją rytmiczną, a melodyjnymi fragmentami. Klasyka takiego grania – to jeden z zespołów, których godnych naśladowców ze świecą szukać. próbka 4/5
celeste – misanthrope(s)
Francja i Szwajcaria – te dwa państwa to (zapewne dzięki jakiemuś nieopisanemu zbiegowi okoliczności) absolutni liderzy w moim rankingu post-hardcore’owych potęg, w Europie nie mają sobie równych. Ponadto Francuzi mają niebywały talent do krzyczącego wokalu, co udowadniają w wielu godnych uwagi projektach, w tym Celeste. Niedawno wydali swoją drugą płytę długogrającą, której to przyjrzymy się dzisiaj trochę bliżej.
Mieszanka sludge i post-hardcore szybko stała się jednym z moich ulubionych gatunków, a największe wrażenie zawsze robiło na mnie nieforsowane tempo, ściany przesterowanego gitarowego dźwięku i potężna praca perkusji. Jest jednak jeden element, który całą tę stylistykę potrafi rozsadzić od środka, powodując, że z obiecującego nagrania powstaje niewydarzony gniot. To wokal. Wydawałby się, że krzyczenie to prosta sprawa, i że wokaliści screamowych zespołów to przypadkowi ludzie, doboru których jedynym kryterium była prezentacja na scenie. Przykłady formacji, które rzeczywiście można posądzać o taki wybór swoich wokalistów można mnożyć w nieskończoność, należy do nich z pewnością wiele czołowych pod względem medialnym *core’owych zespołów. Tym bardziej docenia się perełki serwowane nam przez niezrównane francuskojęzyczne narody spod Alp. Przechodząc do meritum – Celeste jest zespołem posiadającym bardzo dobrego wokalistę, któremu brakuje jednak trochę do ideału jakim jest pan z Time To Burn (o nich innym razem), mimo to zapada w pamięć i z pewnością uprzyjemnia słuchanie płyty, a nie sprawia, że jest to katorgą.
Nowa płyta francuskiego kwartetu to solidna porcja wybuchowej mieszanki sludge i post-hardore’u. Nie należy oczekiwać cudów, stylistyka nie jest specjalnie obszerna, ale panom z Celeste udało się uniknąć największej zmory gatunkowej – nudnych i dłużących się kompozycji, co im się naprawdę chwali. Pojawiające się od czasu do czasu melodie potrafią wciągnąć słuchacza, potężne przesterowane gitary w mocniejszych partiach robią piorunujące wrażenie, a przerywanie ich w odpowiednim momencie nostalgicznymi częściami daje chwilę oddechu i buduje nastrój, przygotowując na kolejną nadchodzącą apokalipsę dźwiękową.
Podsumowująć, płyta mnie nie zawiodła, poziom z poprzednich wydawnictw utrzymany, nie oczekiwałem cudów, tylko solidnego sludge’owego kopa, dokładnie to ta płyta oferuje. Polecam, tym bardziej, że w całości do wysłuchania w serwisie last.fm.
3.5/5