FaltyDL – Bravery E.P. (2009)
Zasmucała mnie ta płyta, epka właściwie, w miarę zbliżania się do jej końca. Postąpiła ze mną w okrutny sposób, jaki nie przystoi żadnej dobrej płycie (którą okazała się nie być, ale o tym później – wybaczcie ten zabieg podobny do książkowego “Bohater tego dnia umrze, ale jeszcze o tym nie wie.”). Otóż pierwszym, bardzo przebojowym utworem rozbudziła we mnie ogromne nadzieje co do dalszej jej części, przywodząc momentami na myśl trochę agresywniejszy 2-step, niż ten serwowany przez Buriala, lecz w podobnym stylu oparty na hipnotyzujących, pojawiających się niespodziewanie głosach. Nie powiem, doświadczyłem bardzo wymownych wypieków na twarzy, kiedy w czasie kolejnego utworu wszystko szło w, wydawało się, jak najlepszym kierunku. Rozmyte plamy wokalne, dużo pogłosów i zawoalowanych w szumie dźwięków – skłonny byłem przypuszczać, że mistrz Burial doczekał się w końcu poważnej konkurencji.
Po tych kilku minutach, jakie upłynęły mi w błogiej atmosferze oczarowania nowo słuchaną płytą, nastąpił całkowicie nieoczekiwany zwrot akcji, pod postacią pewnej drobnej zmiany w stylistyce kolejnych utworów. Nie były już tak cudownie wypełnione duszną atmosferą, jak wcześniejsze. Pojawiły się pierwsze oznaki całkowicie typowego zdubstepowienia – męczący na dłuższą metę drżący, agresywny bas, wyraźniej wybijany rytm. Momentami następowały jeszcze jakieś drobne przebłyski, w których można było usłyszeć elementy, które urzekły w pierwszych dwóch utworach, ale to zdecydowanie za mało, by uznać całą płytę za równą i być w stanie skupić na niej tak wytężoną uwagę, jak w początkowych minutach. Pojawiły się pierwsze oznaki irytacji i zniecierpliwienia.
Problemem najnowszego wydawnictwa FaltyDL jest zdecydowanie GENIALNY pierwszy utwór. Nie udało się sprostać tak wysoko postawionej przez siebie poprzeczce, więc siłą rzeczy, w miarę zbliżania się do końca płyty, zachwyt maleje wprost proporcjonalnie. Szkoda ogromna, ale myślę, że dla samego “Made Me Feel So Right”, dobrze się stało, że płyta ujrzała światło dzienne. Ostatecznie otrzymujemy solidną porcję elektroniki, wzbogaconą urywającym głowę hitem. 3,5/5
C-Day: 20.10.09
Słów nie potrzeba, 2 nowe kawałki Converge, z płyty która ukaże się za nieco ponad miesiąc, 20 października. Oba utwory zmiatają wszystko z powierzchni Ziemi.
Dark Horse
Clark – Totems Flare
Brzmienie. Brzmienie tej płyty to jej największy atut, magnes, który przyciąga z niewyobrażalną siłą, skłaniając do kolejnych i kolejnych przesłuchań. Chris Clark dokonał rzeczy niesamowitej, jeszcze bardziej udoskonalając swój styl i tworząc płytę z dźwięków o niemal namacalnej, chropowatej fakturze, płytę przesiąkniętą jadowitym kwasem, zaskakującą, potrafiącą w ułamku sekundy przenieść słuchacza z rozległej równiny skąpanej w księżycowym świetle w samo oko cyklonu.
Na “Totems Flare” znalazło się wszystko, czego można oczekiwać po doskonałej idm-owej płycie: świetne melodie, pulsujące rytmy, umiejętne łączenie szaleńczych temp z rozlewającymi się wolno, wyciszającymi potokami dźwięków. Dodając do tego znakomicie wkomponowane w niektóre utwory wokale, otrzymujemy dzieło zaskakująco skończone, do którego trudno mieć jakiekolwiek zastrzeżenia. Płyta rozkłada na łopatki już przy pierwszym przesłuchaniu, gdyż nie trzeba wiele czasu, by zakochać się w “Growls Garden” czy “Outside Plume”. Całość jest niezwykle spójna, spoiwem zaś jest to swoiste clarkowe brzmienie, które okrywa cały album rozpoznawalną natychmiast szorstką dźwiękową powłoką.
Ta płyta zmieniła moje spojrzenie na muzykę. Udowodniła, że elektronika z pogranicza idm-u i techno potrafi być nieskończenie chwytliwa i atrakcyjna, rozkochała w brzmieniu kreowanym przez Clarka, które stało się ucieleśnieniem tego, czego szukam w takiej muzyce. Płytę polecam każdemu, gdyż Chris Clark jest w swojej najwyższej formie, a tego nie można wprost przegapić. 4,5/5
Próbki: Outside Plume, Growls Garden, Rainbow Voodoo
Szybki przegląd ocen [9]
Chevelle – Sci-Fi Crimes (2009) – Po dwóch latach milczenia, rodzinny interes pod szyldem Chevelle prezentuje nową płytę, podążającą w kierunku wyznaczonym przez poprzedni album, niewiele zmieniając brzmienie czy koncepcje. Niestety dla braci i ich szwagra, kompozycje straciły na przebojowości, której nie brakowało na “Vena Sera”, całość stała się nijaka i nudna. Ciężko wytrzymać do końca płyty bez zerkania na zegarek, sprawę pogorsza jeszcze brak zapadających w pamięć kawałków, jak “Brainiac” czy “Straight Jacket Fashion” z ostatniego wydawnictwa. Raczej zawód, choć nie spodziewałem się wiele. 2/5
Caspian – Tertia (2009) – Mógłbym napisać tylko, że to kolejny post-rock wpadający jednym, a wypadający drugim uchem, nie oferujący nic ponad to, co zaprezentowało już tysiąc zespołów wcześniej. Mógłbym też na tym skończyć, bo nie wiem czy jest jeszcze coś do dodania. Pokuszę się tylko o refleksję nad kierunkiem w jakim zmierza to całe post-rockowe plimplanie – jak pokazują przykłady This Will Destroy You, czy innych God Is an Astronaut, takie granie wciąż ma wzięcie, mimo że kolejne wydawane płyty nie różnią się od siebie praktycznie niczym, bez znaczenia, o którym zespole mówimy. Rewolucji na tym polu już pewnie nie będzie, ciekawy jestem tylko, czy powolne dogorywanie tych post-rockowych wynalazków skończy się szybko, czy też czekają nas całe lata naśladowania Godspeed You! Black Emperor lub Bark Psychosis, zmierzające do nikąd. O “Tertii” zapominamy czym prędzej i słuchamy czegoś ciekawszego. 1,5/5
Caustic Resin – The Medicine Is All Gone (1998) – Jakiś mało rozgarnięty człowiek przyczepił im etykietkę “grunge”, którego delikatne wpływy słychać może na wcześniejszych albumach, lecz perełka z 1998 roku nie ma z tym gatunkiem nic wspólnego. Ten zespół, sympatyzujący z geniuszami piosenkowego rocka – Built To Spill, wydał płytę będącą wzorcowym wręcz przykładem na to, jak połączyć psychodeliczne, zawodzące gitary, świetny rozedrgany wokal oraz lekkość kompozycji w jedno, bardzo chwytliwe dzieło. Nie bez znaczenia jest tu z pewnością fakt, że gitarzysta Caustic Resin miał swój wkład w genialne “Perfect From Now On” (utwór z tej płyty pod linkiem) wspomnianej już grupy Built To Spill, gdyż również na tej płycie gitary rzucają na kolana. Świetna, naprawdę świetna płyta. 3,5/5
5 utworów, które zmienią Twój pogląd na IDM
Będzie mało słów, bo te ostatnio są u mnie na wyczerpaniu. W zamian cały brzmieniowy kalejdoskop, po którym pokochasz elektronikę.
1. Autechre – Teartear (Amber, 1994)
Wszystko zaczęło się od tej płyty, od tego kawałka. Wsiąkłem w IDM i nie potrafię się wyrwać.
2. Clark – New Year Storm (Turning Dragon, 2008)
Kawałek maksymalnie wywracający światopogląd, ociekające kwasem brzmienie i szaleńczy puls. Arcydzieło!
3. Boards of Canada – 1969 (Geogaddi, 2002)
Czas przestaje mijać przy tym utworze, wszystko zatrzymało się niemalże pół wieku temu.
4. Boxcutter – Brood (Oneiric, 2006)
Dubstepowy walec, nie pozostawiający suchej nitki po przejechaniu się po słuchaczu tłustymi syntezatorami, począwszy od okolic drugiej minuty.
5. Burial & Four Tet – Moth (Moth/Wolf Club, 2009)
Nie kończ się nigdy.
Burial – Untrue
Zabawne jest dla mnie oglądanie, jak z każdym miesiącem rośnie w moich oczach ocena twórczości Buriala. Zaczęło się skromnie, bez euforii. Wpadające w ucho pojedyncze kawałki, nucące się od czasu do czasu melodie, czy wreszcie zatrważające uzależnienie od przesłodzonego, melodyjnego Archangela – tak wyglądały podwaliny pod moje późniejsze, coraz głębsze zauroczenie muzyką Brytyjczyka. Minęło trochę czasu, lecz pewne dozy sceptycyzmu wciąż mnie nie opuszczały – uprzedzony opiniami o przepromowanym albumie roku 2007, jakim miał być Untrue, tym bardziej nie skłaniały mnie do pozwolenia na wciągnięcie się w wir ciemnego, miejskiego brzmienia serwowanego przez ukrywającego się wówczas przed mediami artystę.
Jeśli miałbym wskazać jeden moment, w którym płyta ta po raz pierwszy, prawdziwie, i z odbierającą zdolność logicznego pojmowania siłą
uderzyła we mnie, całkiem wtedy bezbronnego i nieprzygotowanego na taki atak, prawdopodobnie wybór padłby na zaspany, wczesny ranek któregoś zimowego dnia. Bliżej niezidentyfikowany styczniowy wtorek, kiedy świat jest jeszcze nieotrząśnięty po nocy, skąpany w ciemności i mgle, z ust przechodniów bucha para, a przejeżdżające samochody ciągną za sobą smugi światła – w takiej scenerii, z muzyką Buriala w słuchawkach, płynąłem przez miasto, kompletnie oderwany od rzeczywistości. Pierwsze kilka utworów, z Etched Headplate na czele przeniosło mnie wtedy w inny wymiar, ponad i poza prawdziwy świat.
Powala ambientowa przestrzeń; nisko schodzący, lecz nie typowo dubstepowy bas – bardziej miękki, otulający; szelesty, pojedyncze dźwięki, głosy dochodzące zewsząd, a czasem tylko sugestia głosu, zagubionego gdzieś w warstwach dźwięku. Co jest najniezwyklejsze w tej płycie, to z pewnością jej zdolność do owinięcia się wokół słuchacza niczym gruby, ciepły koc. Nie daje możliwości wyrwania się z objęć, przytłacza dusznością i ciepłem. To urzekło mnie tamtego ranka, sukcesywnie wciągając mnie w nocny świat coraz głębiej, z każdym kolejnym przesłuchaniem. 4.5/5
próbka: Etched Headplate
I-VI 2009
Za nami pierwsze półrocze 2009 roku. Proponuję krótki przegląd wydawnictw, jakie ukazały się od stycznia do czerwca, i które w jakiś sposób zwracają na siebie uwagę.
Taśmowce
Niektórzy artyści cierpiący na nadpłodność twórczą, także w tym roku uraczyli nas kolejnymi tytułami, wzbogacającymi ich już i tak niebotycznych rozmiarów dorobek. Wśród nich znajdują się z pewnością Venetian Snares, czy Nadja. W przypadku pochodzącego z Kanady boga elektronicznych łamańców zwanych breakcorem, otrzymujemy krążek nieco mniej przystępny niż zeszłoroczny “Detrimentalist”. Aaron Funk przyzwyczaił już jednak swoich fanów do wydawania nowego materiału w zastraszającym tempie i z bardzo różnymi efektami, więc delikatna
obniżka formy, za jaką uważam “Filth” z pewnością nie wpłynie na oczekiwanie na kolejne nagrania artysty. Inaczej wygląda sprawa w przypadku duetu Nadja. Ich tegoroczna płyta “When I See the Sun Always Shines on TV” jest bez wątpienia jedną z przystępniejszych w dyskografii, gdyż zawiera covery utworów kilku znanych grup, wykonanych z charakterystycznym, dronowym zabarwieniem. Kawałki nie straszą 30 minutową długością, jest w nich więcej melodii i wokalu. Pozycja zdecydowanie godna uwagi, szczególnie ze względu na obłędny cover Slayera: Dead Skin Mask. Kilkukrotnie zwolniony thrash metal z czystym wokalem, cudowność. Oprócz tego Aidan Baker i Leah Buckareff wydali jeszcze kilka płyt i epek, miałem okazję usłyszeć “Numbness“, będące zbiorem rzadko spotykanych nagrań. Nadjowa przeciętność, czyli solidne 3/5.
Przyjemne wypełniacze czasu
Kilka płyt, które doczekają się może oddzielnych recenzji, i na których na dłuższą chwilę skupiłem swoją uwagę. Przede wszystkim freak folkowe “Set ‘Em Wild, Set ‘Em Free” panów z Akron/Family. Przepozytywna płyta, dająca ogrom radości, w moim odczuciu lepsza niż wyniesiona na
piedestał “Merriweather Post Pavilion” Animal Collective. Wystarczającą zachętą powinno być Everyone is Guilty (mp3), ze swoim wybuchającym w najwyższe partie atmosfery refrenem. Kompletna zmiana klimatu, wędrujemy w kierunku idm’u: na początek bardzo dobre “Arecibo Message“ Boxcuttera. Brytyjczyk rozwija się z płyty na płytę – tym razem skręca lekko w bok, zbaczając z kursu wytyczonego mu przez 2 pierwsze płyty, które najwięcej miały w sobie z soczystego dubstepu, kierując się w rejony z większą zawartością melodii i przebojowości, w klasycznym ujęciu tego słowa. Polecam z całego serca: Sidetrak. Innym znaczącym wydarzeniem było kolaboracji między Burialem i Four Tet. Ich wspólny singiel “Moth / Wolf Cub” to dowód na niesamowity talent obu artystów, czyniący oczekiwanie na ich nowe płyty jeszcze bardziej nieznośnym. Hipnotyczne Moth na zachętę.
Wielcy wydają
O kapitalnym “Crack the Skye” Mastodona pisałem już w marcu. Była to płyta która przerosła moje oczekiwania, w przeciwieństwie do krążka
“Wavering Radiant” Isis. Kilka ciekawych momentów to za mało jak grupę, która nagrała takie kamienie milowe ciężkiego grania jak “Oceanic” czy “Panopticon”. Zawiodłem się, nie mam sił by na dłużej przysiąść przy tej płycie. The Mars Volta już dawno trafiła u mnie na listę zespołów, których nowe dokonania słuchane są przeze mnie tylko z szacunku do ich pierwszych płyt. “Octahedron” nic w tej materii nie zmienia. Rozczarował Beirut, solidnie zaprezentował się Dalek, podobnie William Basinski z kolejną porcją zapętlonych dźwięków. Tim Hecker nie zszedł ze swojego niebiańskiego poziomu, o czym również wspominałem już na blogu. Celowo nie mówię nic o epce “Growls Garden” Clarka, ponieważ jego najnowsza płyta, wychodząca w lipcu, jest prawdziwym dynamitem, i na pewno w recenzji znajdzie się miejsce na wspomnienie o mini-płycie z pierwszej połowy roku. Warto jeszcze wspomnieć o DVD, będącym zapisem londyńskiego koncertu szwedzkiej grupy Cult of Luna. “Fire to Born” to majstersztyk, zarówno w sferze samego wykonania materiału przez muzyków, ale także, a może przede wszystkim, realizacji. Ogląda się i słucha tego nagrania z najwyższą przyjemnością. Jeden z utworów, w jakości nie oddającej jednak wspaniałego dźwięku na DVD: Adrift.
Milanese – Extend
Środek wielkiego miasta. Światła latarni odbijają się w porozrzucanych gdzieniegdzie kałużach, tworząc długie refleksy na mokrej drodze. Czuć unoszącą się w powietrzu woń spalin. Wokół tylko świecące czernią, złowrogie zaułki, zarzucone workami ze śmieciami ślepe uliczki na tyłach tanich barów. W tej scenerii widać przechodzących szybko ludzi, zmęczonych dniem, z zaciętym wyrazem twarzy. Do życia budzi się nocne, nieprzyjazne oblicze miasta. Gdzieś przejechał samochód na sygnale, ktoś krzyczy przy otwartym oknie swojego wynajmowanego, zapuszczonego mieszkania. Atmosfera przytłacza.
Taką, bardzo grubą i zdecydowaną kreską, kreśli przed słuchaczem obraz brytyjski producent Steve Milanese. Jego pierwszy krążek, nagrany dla znanej wytwórni Planet Mu, to przebojowe połączenie ciężkich, dubstepowych podkładów i grime’u, jakiego nie powstydziłby się Dizzee Rascal. Momentami noisowa elektronika okrąża ze wszystkich stron, nie pozwala wyrwać się z jej sideł, wbijając w ziemię świdrującym basem, który drąży w głowie tunel niebotycznej średnicy i głębokości. Momentami trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że muzyka tworzona przez Milanese wybiega daleko poza sztywne ramy dubstepowej konwencji, zbliżając się tym samym do idm’u o chorym, schizofrenicznym zabarwieniu. Przesterowane dźwięki, ociekające kwasem syntezatory, pasaże głęboko schodzącego basu, czynią z tego albumu 40-minutową ucztę ciężkich elektronicznych brzmień.
Płyta nie nuży dzięki rozwiązaniom odbiegającym od typowych dubstepowych patentów. Połączenie przytłaczającej elektroniki ze świetnym rapem, który jednak jest tu tylko dodatkiem i nie gra głównej roli, okazało się strzałem w dziesiątkę. “Extend” zrobiło na mnie kolosalne wrażenie, już po pierwszym przesłuchaniu. Trudno uwolnić się od potężnego brzmienia, jakie oferuje Milanese. Uzależniające, wspaniale świdrujące i przytłaczające ciężarem bitów dzieło. 4/5
próbki (!): Dead Man Walking, Mr. Bad News
Szybki przegląd ocen [8]
The Mars Volta – Octahedron (2009) – zespół ten stał się dla mnie powodem ogromnego smutku. Nie są w stanie rozweselić mnie też solowe poszukiwania Omara Rodrigueza-Lopeza, serwowane słuchaczom z nieprawdopodobną częstotliwością, której wartość jest niestety odwrotnie proporcjonalna do jakości. Twórczy marazm w jaki popadł ten człowiek ma swoje odzwierciedlenie także w dokonaniach jego macierzystej kapeli, gdzie do spółki z Cedrikiem Zavalą dbają o to, by kolejne wydawnictwa rzucały coraz dłuższy cień na ich jedyne godne uwagi dzieła, niezrównane “De-Loused in the Comatorium” oraz bardzo dobre “Frances the Mute”. Każda kolejna płyta tego kolektywu, o składzie coraz częściej podlegającemu nieprzewidywalnym roszadom, jest może spełnieniem twórczych zapędów obu panów, nie niesie jednak żadnej przyjemności dla słuchacza. Stale powielane motywy, wielki przerost formy nad treścią, to nie są składniki składające się na udany album. Okładkowy czosnek też nim nie jest. 1/5

